NonŹródła:Nonsensopedia – początek

Z Nonsensopedii, polskiej encyklopedii humoru
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Część pierwsza sagi o Nonsensopedii.



I takoż lud mój poprowadź,
I od niebezpieczeństw chroń,
A ja przybędę wkrótce,
I daj mi wreszcie spokój!
Legendarna przypowieść, tłumaczenie amatorskie

Prolog

Drewniana skrzynia wylądowała wreszcie na pokładzie statku. Jeden z zaniedbanych marynarzy, którzy ją pchali, otarł krzywą dłonią spocone czoło i tradycyjnie splunął na pokład. Podszedł do długowłosego bogacza, który koniecznie chciał zabrać się z nimi.

– Mości mistrzu Yossarianie... – powiedział strzepując z ubrania kilka pcheł – Ładunek jest już na pokładzie. To było bardzo ciężkie, mam nadzieję...
– Porzuć wszelką nadzieję – odezwał się poważnie kierując wzrok za horyzont – Czy wszystko gotowe do podróży?

Bosman charknął i przeczesał resztkę włosów.

– Sądzę, że tak, ale...
– Zapłacę podwójnie – rzekł Yossarian, popijając mętny płyn z butelki – Płyńmy natychmiast.

Bosman z lekkim ociąganiem odszedł komenderować ludźmi. Podróżnik podziękował sobie w duchu, że ci prymitywni marynarze nie próbowali otwierać skrzyń. Czysty chaos w nich znajdujący się, mógłby doprowadzić do wielkiej katastrofy. Odwrócił się jeszcze raz w stronę brzegu, którego widzieć nie miał przez następne kilka tygodni. Wtedy zobaczył na podmiejskim wzgórzu grupę rycerzy w złocistych zbrojach. Szarżowali z niewiarygodną prędkością, rozsmarowując na drodze pałętających się wieśniaków. Yossarian krzyknął, aby się pośpieszyli i spod pokładu wybiegła druga połowa marynarzy. Niektórzy byli niekompletnie ubrani, albo zaspani, a jeden paradował nawet w halce. W tym momencie nie było to jednak zabawne. Okręt odbił od brzegu, zostawiając port kawałek za sobą.

– Zapomnieliśmy o kapitanie! – krzyknął jeden z pomywaczy wskazując na brzeg.

Kapitan, który przed chwilą wybiegł z tawerny, miał drewnianą nogę co uniemożliwiało mu szybki bieg. Teraz stał na molo, wymachując rękami i klnąc przy tym okrutnie w różnych językach.

– Zostawcie go, sam wami pokieruje! – krzyknął Yossarian podbiegając do steru.

Na brzeg wreszcie dotarli rycerze. Pojął wreszcie, że to wojownicy króla Jimbo Walesa i chcą odzyskać fragment ukradzionego skarbu. Ten z donośnym głosem odezwał się do uciekiniera.

– Dorwiemy ciebie! Ciebie i wszystkich, których wtajemniczysz.

Yossarian był tymczasem daleko. W końcu chodziło o ważny skarb. Fragment starożytnego źródła wiedzy.

Wiki...

279 lat potem

Leśne drzewa dawały całkiem dobrą ochronę przed gorącym słońcem. Podróżnik i czarnoskóry przewodnik zatrzymali się koło ruin.

– Słońce pali, nie ma co – powiedział podróżnik wystawiając język. Miał na sobie skórzaną kurtkę i spodnie zgodnie z najnowszym trendem. U pasa miał krótki miecz, bo poprzedni sztylet zardzewiał po ostatnim deszczu. Uśmiech dobrotliwy, czasami wręcz fałszywy. Często wystawiał język i śmiał się, co dekoncentrowało rozmówców. Jego bagaż ograniczał się do plecaka, w którym oprócz zapasowych ubrań, klucza do domu i mydła nie było nic. Nazywał się Dami. Dami Alourus de Pertzivall. Wędrował pełen chęci przygód i wiedziony legendą o wielkim skarbie znajdującym się tutaj. Niestety nie orientował się w tych lasach, więc zatrudnił przewodnika.

– Ale zaraz musimy ruszać proszę pana, czeka nas jeszcze krótka droga. Szkoda, że to słońce...
– Tobie ono chyba nie przeszkadza? – Zaśmiał się Dami. Chciał być przyjazny.

Niestety mylił się. Murzyn popatrzył się na niego wzrokiem, który podróżnik już znał. Dami już wiedział jak wielki popełnił błąd.

– Czyżby była to jakaś aluzja do mojego koloru skóry? – powiedział powoli przewodnik, krążąc wokół milczącego Damiego – Czy powiedziałeś to dlatego, że jestem CZARNY? Wy biali zawsze myślicie, że jak ktoś jest inny to jest gorszy! I co teraz białasie?!! Zabijesz mnie i wrzucisz do mlecznej studni?! Odchodzę, bo ja mam chociaż trochę honoru!!!

Po czym uciekł w las. Dami siedział jeszcze chwilę na głazie, zastanawiając się, czy powinien powiedzieć mu o plemieniu ludojadów, w stronę których pobiegł przewodnik. Doszedł jednak do wniosku, że to tylko pogorszy sytuację. Wstał po chwili ruszając przed siebie.

Wkrótce spostrzegł kilku prymitywów z plemienia Wandalów. Niektórych już znał, czyżby zaszli tak daleko? Oni też go zauważyli.

– Hej! To ten co SKASOWAŁ mój dom! – krzyknął ten ze szklanym okiem.
– On zrewertował mnie do zera! – powiedział zbulwersowany Wandal. Miał na sobie dużo tatuaży, które prawdopodobnie znalazł w gumie do żucia.

Podeszli do niego z głupimi uśmiechami. Dami szybko zorientował się, że ma do czynienia z trzema włóczniami i dwoma nożami. Teraz postanowił pobić swój dawny rekord i pokonać ich nie wyciągając miecza.

– Mamy propozycję, ty dasz nam sakiewkę z pieniędzmi, a my spróbujemy cię zabić w miarę szybko. Co wybierasz? – mówił flegmatycznie wysoki facet, stylizowany na Sulika.

Ku ich zdziwieniu Dami wyciągnął sakiewkę i uśmiechając się wyprostował rękę z pieniędzmi w stronę bandytów. Nim jednak pseudo-Sulik zdołał ją schwycić, podróżnik wyrzucił ją wysoko w górę. Następnie z pięści uderzył Wandala w przeponę. Wróg upadł skulony wołając matkę i pomszcząc na Odyna. Drugi dostał damiowskim kolanem prosto w krocze i nim upadł, zemdlał. Trzeci zamachnął się włócznią, jednak ta złamała się na stalowej kości ramiennej przeciwnika, po chwili dostał kopniakiem w brzuch i zwymiotował poranne śniadanie (składające się z dziczyzny i płatków śniadaniowych). Dami przyznał w duchu, że czary nie liczą się jako "wyciąganie broni". Czwarty widząc nadchodzącego Damiego, starał się zablokować cios ręką. Niestety dostał w szczękę, która pękła przy akompaniamencie krzyku i trzasku. Piąty się poddał. Złamał sobie rękę i uderzył głową prosto w drzewo, dzięki czemu zemdlał. Podróżnik wytrzepał ręce z kurzu. Wyciągnął dłoń, na którą spadła sakiewka. Pełen sukces. W Kanadzie istnieje ta duża cywilizacja bez przyszłości, składająca się z plemion Wandali, Ajpi i Dzieci Boga Neostradara (czasami zalicza sie też Trolle, ale one nie potrafią stworzyć działającej społeczności, ze względów rzadkiego karmienia i braku wyższej inteligencji). Byli oni wrogami postępu i przeciwnikami wszystkiego co się ruszało i co miało związek z organizacją Wikipedia.

Dami wędrował przez pola, aż dotarł do samotnego zamku, a raczej warowni. Mury były olbrzymie, dookoła rozciągała się fosa z kwasem siarkowym i tytanowymi palami. Miedzy blankami wystawały działa, a podróżnik mógł przysiąc, że widzi kawałek głowy wielkiego robota. Słyszał kiedyś o tym. Nie wiedział kto był panem, bo nikt o tym nie wspominał, albo gwałtownie zmieniał temat, przewodniki i władze Kanady nic o tym nie mówiły, a mapa twierdziła, że w tym miejscu są mokradła. Dami poczuł przypływ podniecenia – ma do czynienia z zamkiem widmo! Most był opuszczony i brama była otwarta zgodnie z gościnnością. Skoro to widmo, to musi być niematerialne. Dami uderzył pięścią w mur. Był materialny, o czym mówił ból w dłoni. Zastukał w drzwi, które otworzyły się po chwili z głośnym skrzypieniem. Pojawił się w nich blady trup. Nie, był żywy, ale zbladł śmiertelnie.

– Vigo, wpuść gościa do środka! – odezwał się kobiecy głos z głębi.

Gigantyczny lokaj wpuścił przybysza do środku. Dami o mało nie krzyknął. Pośrodku z sufitu zwisał olbrzymi ekran na którym widniały pomarańczowe kółka imitujące oczy i krzywa linia imitująca usta.

– Nim zginiesz, Szoferka chce wiedzieć co cię tu sprowadza – powiedział głos, jednocześnie linia poruszała się z każdym słowem. Było to inspirujące.

Teraz Dami zrozumiał. Szoferka! Czytał o niej w książce "Najwięksi zbrodniarze świata". Słynęła z najazdów na ziemie Wandali i krwawego rozprawiania się z nimi. Była powodem dziesiątek, jeśli nie setek krucjat. Wszystkie były porażką.

– Jestem wrogiem wandali! – krzyknął Dami co było zgodne z prawdą – I chcę dołączyć do ciebie! – To nie było zgodne z prawdą, ale de Pertzivall widział w niej szansę przeżycia.
– Chcesz dołączyć do mnie? – Oczy na tablicy się rozszerzyły – Musisz wykonać trzy zadania. Vigo przyprowadź go do mnie.

Dami przełkną ślinę i pozwolił się poprowadzić przez tego lokaja.

Rozdział I

Wygląd Szoferki nie spełniał wszystkich punktów jego wyobraźni (czyli: wzrost trzy metry, ostre zęby centymetrów szesnaście, wzrok bazyliszka, łuskowata skóra ociekająca krwią). Była całkiem zwykła, jeśli nie licząc czerwonego płaszcza z wyszytymi, runicznymi klątwami. Stół przy którym Dami siedział, był zrobiony z marmuru i miał tak na oko dziesięć metrów długości. Na jego drugim końcu siedziała Szoferka. Bawiła się nożem. Po chwili przyszedł jeden z niewolników – dziecko Boga Neostradara. Opaska ledwo trzymała się na jego biodrach, a łańcuchy u nóg wyraźnie krępowały ruchy. Przyniósł jedzenie i stał wyraźnie przerażony.

– Spóźniłeś się o cztery sekundy! – krzyknęła Szoferka i rzuciła nożem w głowę służącego.

Upadł zalany krwią i leżał w tym miejscu, aż do wyjścia Damiego. Tymczasem jednak pani zamku zaczęła mówić.

– Jak już mówiłam, masz spełnić trzy zadania. Dlaczego? Już wyjaśniam. Na pewno znasz organizację Wikii i największy oddział, czyli Wikipedię. Organizacja ma wpływy w wielu państwach i ja, znaczy my sądzimy, że to skończy się źle. Dlatego Yossarian stworzył Nonsensopedię, przeciwwagę Wikipedii, używając przy tym źródła Wikii. Podobnie próbowali robić inni, niestety tylko my mamy jakąś przewagę. Słuchaj treści pierwszego zadania. Musimy zdobyć sojuszników. Masz odnaleźć proroka o wymownym imieniu Lapa666, ma talent do zdobywania przyjaciół i zwierzchników. Drugą osobą jest hrabia Artur von Fornal, osoba wpływowa, która pomoże nam od strony technologii – Szoferka uśmiechnęła się – Grasz, czy nie grasz?

Dami podskoczył.

– Jasne, że gram! I obiecuję cię nie zawieść – chwycił za nóż i uderzył ostrzem w stół. Nóż przełamał się i ostrze wbiło mu się w ramie.

Szoferka tylko lekko się zdziwiła. Potem zaczęła jeść, co chwilę ocierając twarz o opaskę martwego niewolnika.

Następnego ranka Dami wpatrywał się na północ. Albo południe, ten zamek się poruszał. Szoferka mówiła, że poprzedni właściciel nazywał się Howl, ale jakoś nie kojarzył tego kogoś. Zrobił jeszcze przegląd rzeczy i przeliczył pieniądze. Po chwili usłyszał pukanie do drzwi. Otworzył je i zobaczył melancholijną twarz Viga.

– Moja pani prosi do siebie – powiedział głosem z lekką nutą hmm... radości?

Dami zszedł za Vigiem po schodach i wszedł przez gotyckie drzwi do pokoju Szoferki. Był to pokój bardzo surowy, więc zaczął podejrzewać, że dopiero co go wysprzątała. Właścicielka siedziała nad stosami notatek i nagle krzyknęła radośnie podrzucając pióro.

– Skończone! Nareszcie, moje najnowsze dzieło!
– Przepraszam, ale jakie dzieło? – spytał się Dami, wychylając się, żeby coś zobaczyć.
– „Faust”, najlepsza książka od czasów mojego „Folwarku zwierzęcego” – powiedziała lustrując jeszcze raz notatki.
– To Folwarku nie napisał Orwell?
– To ja, tylko podpisuje się pod innymi nazwiskami, teraz wybieram, hmm... Goethe! Ale wracajmy do interesów. Za chwilę przeteleportuję cię do Polski, gdzie aktualnie przebywa Lapa666, gdy spełnisz zadanie, wyślę cię do Niemiec i hrabiego von Fornala. Tymczasem idę „zbanować” kilka plemion Wandali. (zbanować – w gwarze władców „najechać i zmasakrować Wandali”)

Dami nie zdążył odpowiedzieć, gdyż został otoczony przez błękitne światło i wessany w podłogę.

Znalazł się w jakiejś ślepej uliczce, obok kosza na śmieci. Wyraźnie wyczuwał twardość podłoża, na którym przed chwilą wylądował. Wyszedł spomiędzy budynków i wpadł na jakiegoś śpiącego człowieka. Było na pewno w stanie nirwany, gdyż co chwile powtarzał nieznane słowa. Brudne łachmany i ostry zapach sugerował wschodnią szkołę buddyzmu. Dami nie przyłączył się jednak do kontemplowania, tylko ruszył szerokimi i pustymi ulicami wzdłuż nieznanego sobie miasta.

To miasto rzeczywiście jest puste, pomyślał Dami po dwudziestu minutach wędrówki chodnikiem. Zastanawiał się, dlaczego Szoferka nie teleportowała go zaraz obok Lapy. W tym momencie Dami zobaczył pierwszy ślad bytności cywilizacji – zdewastowaną budkę telefoniczną. Intuicja sprawiła, że odwrócił się w lewo i zrozumiał brak ludzi. Ogromne tłumy otaczały samotnego człowieka w skórzanym ubraniu. Mówił do mikrofonu rzeczy, które chcieli usłyszeć, dlatego skandowali. Dami próbował wepchnąć się w tłum i od razu pożałował. Zapach potu sparaliżował jego układ węchowy, mimo to pchał się dotąd, aż zablokowali go dwaj masywni mężczyźni, zapewne pogromcy smoków.

– Zaprawdę powiadam wam! Nadejdzie czas, gdy Kaczogród padnie w swoich posadach, a legionista Roman Maximus Giertych odejdzie ze swoją armią nieumarłych – mówił Lapa666 – Na dowód protestu, wymyśliłem te 95555 tez – powiedział i zdjął ze stołu wielką księgę – macie przeczytajcie ją – mówiąc to podrzucił przedmiot w tłum. Nikt jakoś nie kwapił się tego złapać, więc wylądowała z głośnym uderzeniem na bruku.

Dami przeszedł między nogami wojownika i znalazł się zaraz pod podium kapłana. Ten go zauważył i mrugnął znacząco jednak nie odezwał się ani nie zszedł. Zrobił to po dziesięciu minutach, gdy znudzeni czytaniem tez ludzie, wracali do domów.

Lapa666 prowadził de Pertzivalla ulicami starego miasta:

– A więc Lady Szoferka chce, żebym przyłączył się do was?
– Oczywiście i mówiła też coś o nagrodzie – było to wierutne kłamstwo i Lapa się połapał. Dami jak zwykle pokazał język.
– No cóż... to będzie miało też swoje dobre strony – westchnął Lapa666 – Teraz poczekajmy, aż twoja zleceniodawczyni przyśle...
– Nie będę nic przysyłać – odezwał się głos zza stolika w kawiarni.

Siedziała tam Szoferka, choć nikt by jej nie poznał. Miała na sobie zielony sweter i przyciemnione okulary.

– Widzę, że Lapa do nas dołączył... Niech pójdzie ze mną, a ty Dami wędruj dalej.

Alourusa znowu otoczyły błękitne płomienie i zniknął.

Upadł na miękką ściółkę dziękując, że nie upadł na nic twardszego. Wstał i od razu tego pożałował. Stanął nogą w żelazne szczęki pułapki. Krew trysnęła na zeschnięte liście, a Dami mimo twardości krzyknął. To zawsze spada na mnie pomyślał mocując się z wnykami. Usłyszał ciche kroki w oddali i nagle spadła na niego straszna prawda: To kłusownicy przyjdą zobaczyć co upolowali! Ugotują go, a może zabiją, ograbią i zostawią nagiego na pastwę niedźwiedzi i... piżmaków. Zza drzew wyszła jednak osoba której nigdy by się nie spodziewał. Ten ktoś miał na sobie garnitur, brązowy krawat i trzymał w ręce teczkę.

– Oho, widzę, że ktoś ma kłopoty – powiedział zdziwiony.

Dami syknął w odpowiedzi. Urzędnik skrzywił głowę.

– Byłem kiedyś druidem, być może uda mi się ciebie uwolnić.

Zbliżył się i nacisnął mały guziczek spod pułapki. Natychmiast się rozluźniła. Przybysz zerknął łapczywie na krew.

– Ch... chcę wiedzieć kim jesteś? – spytał zszokowany Dami.
– Nieważne – machnął ręką i zmienił temat – czy to twoja krew? Mogę jej trochę liznąć. Wiesz mój praprapradziadek ze strony babki matki był wampirem. To stąd.

Pertzivall pokiwał przecząco głową.

– A może masz zdolności lecznicze? – spytał sarkastycznie.
– Dobrze, że o to pytasz! – ucieszył się przybysz – Wiesz, byłem kiedyś medykiem, a i na miksturach i ziółkach się znam – odkorkował buteleczkę z kieszeni i polał ranę – Nie chcę się chwalić, ale jestem wszechstronny!

Dami zemdlał od utraty krwi. Obudził się po kilku godzinach. Sam. Noga już nie bolała, ani nawet nie krwawiła. Nie czekając dłużej, sięgnął po miecz i ruszył ścieżką między drzewami. Przekraczając jakieś krzaki uderzył głową o coś twardego. Była to brama wejściowa do zamku. Na tabliczce, wiszącej na bramie, był napis Wchodząc tu, tracisz wszelkie ubezpieczenia, o rencie nawet nie wspomnąc. Mimo to Dami otworzył bramę i stanął oko w oko z dwoma mechanicznymi rottweilerami. Powoli, nie prowokując ich, ruszył do wejścia do zamku. Niestety, zaczęły robić to samo. De Pertzivall ruszył biegiem w prawo. Nie wiadomo dlaczego to zrobił. Przeskoczył przez ogrodzenie i wpadł na grządkę ziemniaków, przy której pracowali dwaj roboci pracownicy. Psy już go nie ścigały.

Wstał i otrzepał się z ziemi. Jeden z robotów zbliżył się do niego i powiedział smutnym głosem:

– Niech pan wybaczy, ale hrabia nie pozwala na bieganie po uprawach.

Nagle ktoś mocno złapał Damiego za ramię i przyciągnął do siebie. Spojrzał mu w twarz. Był to wysoki jegomość w seledynowym garniturze z licznymi odznaczeniami. Na włosach miał ślady pyłu, a w lewej ręce Blaster Boba Fetta.

– KTO... WŁAZI... NA... MOJĄ... POSIADŁOŚĆ?! – spytał cały czerwony na twarzy.
– Ja mam wiadomość od Szoferki – powiedział dzielnie Dami starając się podnieść miecz.

Hrabia nagle się uśmiechnął.

– Jak tak to tak. To co, wchodzisz do środka na herbatkę?

Poszedł za nim. przekroczył po kolei wrota i marmurowe schody, aż znalazł się w skromnej sali. Artur von Fornal – władca tutejszych włości przyniósł po chwili herbatę i zaczął bawić się mandaliańskim hełmem. Mechaniczny pingwin, którego pieszczotliwie nazwał Pedro, ocierał mu się o nogi.

– Ach, Szoferka chce, żebym przybył i dołączył do Nonsensopedii? Dobra, znajdę tylko moje narzędzia i zabiorę kilka niezbędnych rzeczy. Ty czekaj przed domem, a ja podlecę moją „Chimerą”...

Rozdział II

Lapa666 usiadł na łóżku w pokoju Damiego.

– To jak, udzielić ci tego błogosławieństwa przed misją?

De Pertzivall nałożył kolczugę i spojrzał na miecz.

– Ach, Elerandir, Gwiazda Valhalli, miecz przeku... – zaczął deklamować Dami, Lapa pacnął go w tył głowy.
– Co ty się we Władcę Pierścieni bawisz? – spytał z wyrzutem Lapa Trzy Szóstki – Przypomnij sobie zadanie.

Tak, pamiętał je dokładnie – zabić Terrapodiana, zdrajcę, agenta... Lapa podał mu komunikator, zrobiony przed chwilą przez Artura.

– Chodź! Czas nagli – powiedział poprawiając naszyjnik z kości Trolla.

Po teleportacji znaleźli się w zimowej krainie.

– Kurteczka przyszykowana? Czeka cię mroźny dzień – powiedział Lapa pocierając dłonie.

Przeszli tybetańskim stokiem prosto pod buddyjską świątynie.

– Ja pójdę ustawić punkt lokacyjny, a ty idź wykonuj to co do ciebie należy... – powiedział Lapa Trzy Szóstki i odszedł w przeciwną stronę, zasłaniając się przed zawieruchą.

Dami wszedł po schodach i otworzył drzwi. Było cieplej i przytulniej. Pod złotym posągiem medytowali buddyści. Dami chwilę kręcił się po korytarzu, ale jakoś nie mógł znaleźć celu. W tym momencie jakiś stary buddysta otworzył oczy i powiedział: Ty jesteś kluczem, do tego czego szukasz. Potem znów zaczął medytować. Dami zbliżył się.

– Że... co?

Mnich nie odpowiedział, ale zaczął uśmiechać się tajemniczo. Rozzłoszczony Alourus zaczął nim trząść. Dalej nic nie mówił. W końcu kopnął złoty puchar leżący przed nim. Potoczył się i w miejscu na którym leżał powstało wejście. Drabina prowadziła w dół i Dami zrobił to czego się obawiał – poszedł tam.

Nie było ciemno, gdyż świeciły pochodnie. W korytarzu były tylko jedne drzwi, na końcu. otworzył je i przeżył szok.

– To ty! – krzyknął wyciągając miecz.

To był on, ten sam urzędnik z lasu. Jego garnitur był już nieco pomięty. Stał nad biurkiem i segregował papiery.

– Tak to ja i wiem po co przyszedłeś. Jestem gotów, ale najpierw musisz podpisać pewien dokument...

Dami podszedł i popatrzył na kartkę.

– Co to jest? – spytał biorąc długopis.
– Mój testament – powiedział Terrapodian wskazując palcem miejsce które ma podpisać – Muszę mieć podpis osoby, która życia mnie pozbawiła. To chyba logiczne.
– A... A to małym drukiem?
– Ach... to tylko pieprz się rozsypał – powiedział urzędnik przecierając dokument.
– A to niżej? – Dami wskazał tekst małą czcionką. W tym momencie przeszedł tamtędy żuk, którego Terrapodian rozgniótł ręką.
– Co niżej?

Dami sięgnął po miecz.

– Jestem gotowy – szepnął Terrapodian podnosząc głowę.

De Pertzivall ciął mieczem z zamkniętymi oczami. Obawiał się być opryskany przez krew. Nic się takiego nie stało.

– Spróbuj jeszcze raz – powiedział urzędnik poprawiając zmierzwione włosy.

Tym razem cios był precyzyjny i głowa potoczyła się po podłodze. Krwi wciąż nie było. Dami pokazał język.

– To wszystko? – spytała głowa Terrapodiana.

Odezwał się telekomunikator od Artura. Mówiła Szoferka: Dami zmieniamy rozkaz, masz nie zabijać Terrapodiana, ale bezpiecznie przyprowadzić do nas. Artur za chwile zbuduje helikopter, więc macie drogę powrotu. De Pertzivall popatrzył z przerażeniem jak bezgłowy korpus usiłuje złapać głowę.

– Nie martw się, wiesz, że kogoś takiego jak ja trudno zabić. teraz się wynośmy. – powiedział gdy głowa znalazła się w jego własnych rękach.

Wybiegli na zewnątrz. Kilkoro Wandali usiłowało im zagrodzić drogę, ale po chwili leżeli z poucinanymi kończynami. Biegli, albo raczej stoczyli się ze stoku i wylądowali na polanie.

– Aaa... tu jesteście. – powiedział Lapa pomagając wstać – Za chwilę będziecie mieć transport. Na Metatrona, co ci się stało, Terrapodian?

Zza góry wyleciał śmigłowiec. Gdy zniżył lot, wszyscy zobaczyli hrabiego Von Fornala.

– Gotowi do podróży? – spytał z uśmiechem.

Rozdział III

Dami stał na wielkiej trybunie. Był opleciony w czerwone szaty, a na głowie miał złoty diadem. Wokół stali ludzie i klaskali. U jego podnóża, na piaszczystej arenie stali gladiatorzy. Mięśnie grały im spod skóry, gdy wyciągnęli w górę swe ręce i krzyknęli:

– Ave cesar! Morituri de salutat!

W tym momencie obudziło go stukanie do drzwi. Powoli zwlókł się z łóżka i naciągnął koszulę. Ktoś za drzwiami nie ustawał. De Pertzivall otworzył drzwi i do jego pokoju wpadł zmęczony Terrapodian. Miętosił w rękach mokry kapelusz.

– Szoferka cię wzywa – powiedział krótko.

Dami bez słowa ruszył w stronę drzwi, ale został wstrzymany ręką.

– Nim wyjdziesz chcę cię ostrzec – dodał szeptem Terrapodian.
– Że co? Czyżby usiłowali na mnie zapolować? – pokazał język.
– Nie. Nie potrzebnie ICH tu przyprowadzałeś. Widziałem dzisiaj, jak hrabia Von Fornal bawił się z tygrysem syberyjskim, którego nazwał Muerte – odwrócił się z obawą. – A Lapa666... tu gorzej... ma plany zdobycia świata w beczce po samogonie.

Dami zrobił wielkie oczy.

– To może ja już pójdę...

+++

Szoferka zdrzemnęła się przy biurku. Wspominała, dziecięce lata. Siedziała na skale ponad wzburzonym morzem. Stał nad nią starszy mężczyzna. Mimo dawnych czasów, wciąż go pamiętała. Miał łagodne rysy, siwe włosy i brodę. Akcent gdzieś z Finlandii.

– Mistrzu, boję się – powiedziała młoda Szoferka, cofając się.

Mistrz pochylił głowę i pogłaskał.

– Nie obawiaj się sił natury. W końcu to ty nad nimi panujesz.

Szoferka wstała i wyciągnęła ręce w stronę morskiej toni. Skupiła się, ale nie mogła stworzyć odpowiedniej energii.

– Mistrzu, nie mogę – zbierało jej się na płacz.
– Nie bój się, nie chcesz chyba, żebym przyzwał szalonego clowna Honka-Tonka? – Mistrz jak zwykle był litościwy.

Szoferka pokiwała głową. Wspominała złego clowna jako najbardziej surrealistyczną wizję. Gruby, kolorowy facet tańczący w kółko i opowiadające głupie dowcipy, śnił jej się przez następne kilka tygodni. Wtedy w Mistrza uderzył piorun. Potem znowu śniło się jej, że zdobyła świat – żywot władców ciężki jest nawet we śnie! Obudziło ją pukanie do drzwi, co przyjęła z ulgą, bo właśnie rozpętano przeciw niej rewolucję.

– Wejść – powiedział, strzepując z biurka okruszki z porannego śniadania.

Wszedł Dami i lekko się ukłonił.

– Podobno mnie wzywałaś, czy to ma związek z trzecim zadaniem? – spytał. Szoferka poklepała go po plecach.
– Wiesz... p@#%@&yć trzecie zadanie, idziemy razem.

+++

Artur von Fornal przeładował karabin Gaussa i uśmiechnął się z zadowoleniem. Przypiął na piersi znaczek Świętej Inkwizycji, a na ramieniu naszywkę Bloody Victory. Myślał o wzięciu odwróconego krzyża, ale nie miał czasu. Jeszcze niedawno był kimś. Rodzice straszyli nim dzieci, a listy gończe wciąż ścigały go w Azji. Kierował kiedyś sławetną armią Caintha Bavtis – New World Order, ale ktoś sypnął i musieli znikać. Ogólnie jego życie nie było usłane różami. Wyrzucili go z liceum bo wiedział za dużo. Nie przyjęli na studia, bo poprawiał pytania na egzaminie wstępnym. Wówczas przystał do Świętej Inkwizycji – organizacji stworzonej na zgliszczach Bractwa Stali. Tam poznał nieco technikę i świat. Pozwolili mu wspiąć się na wyżyny... a potem wszyscy zginęli. No może nie wszyscy, bo kilkoro przetrwało. Von Fronal nie miał jednak z nimi kontaktu. Potem założył organizację Caintha Bavtis, która działała potajemnie w Macedonii, skąd mógł obalać dyktatury. Ktoś sypnął, a hrabia zastanawiał się nad jego tożsamością. Uciekł do Polski – teoretycznie wolnego kraju. Zginiesz – ostatnie słowa jego rodziców dźwięczały mu w uszach. Zniknęły, gdy poszedł do laryngologa.

W oczekiwaniu na przybycie reszty drużyny, zaczął żonglować granatami.

– Hej Artur! – krzyknął przybiegając Dami.

Ta chwila dekoncentracji, kosztowała hrabiego obie ręce. Z bezradnością obserwował, jak z postrzępionych kikutów leje się krew.

– No way! – powiedział i usiadł z poirytowaną miną.

Po chwili rozpłynęły się, zamienione w mgłę, aby znów połączyć się z ciałem hrabiego. Odwrócił się do Damiego i powiedział cicho:

– Nie rób tego więcej.

Przybył Lapa Trzy Szóstki i wyciągnął bułkę.

– Ach biedne istotki. Nici z nawracania.
– Nie chciały iść z tobą? – spytał Artur.
– Nie i ubolewam nad tym.

Dami chciał spytać o beczkę z samogonem, ale się powstrzymał. Zamiast tego spostrzegł Szoferkę ze słoniem na smyczy.

– Hmm... Nietypowe...? – spytał Terrapodian wyłaniając się spod ziemi.
– Kuzyn kazał się mi nim zaopiekować – powiedziała tonem, godzącym się z losem. – Ale mówił, że może być przydatny.

Słoń zamachał trąbą, miała turkusowy odcień. Ruszyli polną dróżką. Ludzie z pobliskich wiosek zaczęli wychodzić, aby poobserwować ten dziwny pochód, ale wrócili po chwili przerażeni. Tymczasem wyleciał już krążownik. Szoferka przysięgała, że jest zbudowany idealnie i na pewno utrzyma również tak wielkie zwierze. Oczywiście problem pojawił się, gdy musieli zapakować go do środka. Vigo zaproponował krajalnicę. Propozycję jednogłośnie odrzucono. Słoń magicznie skurczył się czterokrotnie i mógł wejść. Wystartowali z godzinnym opóźnieniem.

Wylądowali na polanie w środku wielkiego lasu. Pierwszy wysiadł Artur w celu zlustrowania terenu. Rozglądnął się w lewo i prawo, ale nic nie znalazł, więc drużyna ostrożnie zeszła z pojazdu. Krążownik został nagle wessany do dziury w ziemi.

– No i powrót szlag trafił – skomentował Lapa ocierając chusteczką spoconą twarz.

Las był mroczny, niczym koncert gotycki. Szumiał, a jego szum brzmiał jak groźba. Bohaterowie powoli przemierzali puszczę, świadomi niebezpieczeństw jakie ich mogą czekać. Po kilku godzinach zatrzymali się, aby odpocząć. Dami odszedł trochę na bok rozmyślając. Zastanawiał się, czy opuszczanie domu rodzinnego było słuszną decyzją. W gnieździe miał wszystko co potrzeba młodzikowi. Wtedy dostrzegł dym unoszący się z oddali. Zwołał resztę. Ukryli się w krzakach i obserwowali chatkę, z której wydobywał się dym.

– Proponuję zobaczyć co tam się dzieje – zaproponował Terrapodian. – Znam się na tym, bo byłem kiedyś odkrywcą.
– A jeśli to pułapka? – spytał Dami obserwując otoczenie przez lornetkę.

Szoferka pokiwała głową i pociągnęła słonia, który za nic miał poważną debatę i jadł truskawki. Zwierzę z powagą ruszyło przez krzaki w stronę domku. Tak ukrycie diabli wzięli. Przed chatką siedział stary dziadek i rzeźbił coś w kawałku drewna. Co chwilę spluwał na ziemię z głośnym charknięciem, więc wokół niego było mokro. Dogadać się z nim było trudno:

– Panie, co strugacie? – zaczął Lapa666.
– Ano jo panocku strugam wariata – powiedział spokojnie dziad.
– A nie wiecie panie, gdzie można znaleźć Twierdzę Wikiar? – spytała Szoferka.

A więc tego szukamy – pomyślał Dami. Staruszek popatrzył się na Szoferkę i oczy mu zabłysły.

– Moja uczennico! – krzyknął i rzucił się na kolana.
– Mi... mistrz? – spytała zaskoczona Szoferka.

Staruszek pokiwał głową i z załzawionymi oczami wpatrywał się w szefową. Była to piękna scena, po chwili zepsuta. Szoferka kopnęła Mistrza w żołądek. Upadł i zaczął się dusić.

– Masz za clowna Honka-Tonka!!! – krzyknęła i ruszyła przed siebie.

Lapa666 próbował udzielić mu pierwszej pomocy, ale dziadek odmówił i uciekł do domku. Wszyscy ruszyli za urażoną Szoferką.

Na świątynię w formie zikkuratu natrafili po dwóch godzinach. Szerokimi, porośniętymi mchem schodami doszli na szczyt. Pod kamiennym dachem znajdowała się złota skrzynka w kształcie ostrosłupa. Szoferka podeszła i otworzyła artefakt. W środku był ziemniak. Ale taki, jakiego Dami nigdy jeszcze nie widział. Było w nim coś pociągającego i tajemniczego. Nagle podłoga się zatrzęsła i zaczęli spadać w dół. De Pertzivall usłyszał tylko znudzony głos Terrapodiana:

– Ja wiedziałem, że tak będzie.


Rozdział IV

Dami zbudził się i wstał z twardej podłogi. Czuł wyraźnie ból w lewym ramieniu, szczęśliwie żadna z kości nie była złamana. Spostrzegł, że znajduje się w pomieszczeniu o kształcie sześcianu. Ze ścian wydobywało się zielonkawe światło. Po środku każdej ściany znajdowały się włazy. De Pertzivall z przerażeniem odkrył, że jest sam i nie ma przy sobie Cudownego Ziemniaka. Głodu nie odczuwał, co było lekkim plusem. Nienawidził oczekiwania. Natychmiast poszedł do najbliższej śluzy i powoli ją otworzył. Wąski przesmyk prowadził do kolejnego włazu, a ten do kolejnego pomieszczenia. Dami wskoczył do środka i od razu pożałował. Twarz opryskana została dziwną, bezbarwną cieczą. Nic się nie stało, jednak dziwna oleista substancja pachniała dziwnie i nie dawała się zetrzeć. Zostawił ją więc, bo nie przeszkadzała zbytnio. Następnie skoczył do komory po prawej, mając nadzieję, że tam nie będzie takich nie miłych niespodzianek. Mylił się. Z podłogi wysunęły się, potwornie zgrzytając, kolce. Dami bez problemu zszedł im z drogi. Pułapka była wyraźnie zardzewiała. Wędrowiec zadał sobie jedno zasadnicze pytanie; Czy ktoś opiekuje się tym miejscem? Wtedy poczuł mocne uderzenie w tył głowy i oczy zasłoniła mu ciemność.

+++

Gniew Terrapodiana, syna Ziemi, opiewaj bogini!

Wysokie mury Troyi przerażały swoją masywnością. Spomiędzy blank spoglądali troyańscy łucznicy, wyczekując odpowiedniego momentu do oddania strzału. Wojownicy ateńscy, którzy marzyli o zdobyciu miasta szturmem, odpuścili zniesmaczeni licznymi ofiarami. Hektor leżał upity winem gdzieś pod murem, a Paryż kłócił się z Priamem. Król Agamemn... Agemn... Agom... Agamemnon poszedł szukać Wally'ego, a Nestor grał w szachy, podkreślając całą tą sytuację – wszyscy mieli wojnę w d**ie. Jedynie Adżax widział w tym wszystkim nieciekawą sytuację. Od kiedy Achilles zerwał sobie to ścięgno przy kostce i zmarł, ich siły jakoś zmalały. Pragnął sięgnąć po tajną broń. Był wśród nich jakiś wędrowiec, który kazał się nazywać Terrapodianem. Miał plan zdobycia Troyi, ale żądał dziwnych rzeczy, których oni nie mieli. Ba, nawet o takich nie słyszeli. Już miał zabierać się do jego namiotu, gdy przypomniał sobie jego niedorzeczny pomysł z osłem. Według niego mieli wybudować wielkiego osła, schować się do środka i gdy tylko znaleźliby się w Troyi, natychmiast wypadliby i zdobyli miasto. Ten pomysł był tak absurdalny, że nikt nie zawracał sobie nim głowy. Adżax poszedł szukać Agamemnona. Wiele można mówić o pojedynku Greków i Troyan, ale to nie ta historia. Należy wspomnieć, że Terrapodian wyruszył potem w dalszą podróż i nikt go już nigdy nie widział w tej mitologii.

+++

Wszędzie widzę krew. Chyba moja. Lol – Dami był w parszywym nastroju. Ktoś nad nim stał i na pewno nie była to dziewica tylko coś okropnego. Gdy wzrok wrócił do bohatera ujrzał napastnika. Miał na sobie zieloną kurtkę i czarne spodnie. Krótkie, brązowe i mocno przetłuszczone włosy dodawały mu lat. Choć na oko miał ich dwanaście. Zdawał się zgrywać twardziela, ale Dami wyczuwał, że się trochę boi.

– I kogo ja tu mam... hmm... hmm... hmm... – jego głos odbijał się echem w tym sześciennym pomieszczeniu.

Ręce De Pertzivalla były związane prymitywnym sznurkiem, który rozsupłał się przypadkowo. Mimo to wędrowiec nie chciał zdradzać, że jest już wolny.

– Być może mnie nie znasz. Jestem Ziomek, pan i władca tego świata. Buhahaha!!!

Śmiech był klasyczny. W tym momencie z kieszeni wypadł mu Słownik ortograficzny. Dami uśmiechnął się mimo woli. Ziomek poczerwieniał, na skroni pojawiła się żyła.

– I co cię tak śmieszy sk&#%&*#?! Myślisz, że jak używam tego p&*#$@&$ słownika, to jestem gorszy? Powiem ci coś. Jesteś zerem, niczym w porównaniu ze mną, jesteś jak kamień w stosie łajna my...

Gdy Ziomek deklamował, Dami ścisnął pięści i uderzył chłopaka prosto między oczy. Ten upadł, ale wstał po chwili z większą złością. Dami przetoczył się pod ścianę i chwycił miecz, który napastnik wcześniej odrzucił.

– Zadałeś się z niewłaściwym przeciwnikiem koleś – szepnął szaleniec i chwycił za kastet.
– Masz szansę odejść – powiedział De Pertzivall i pokazał język.

Ziomek skoczył niczym tygrys i zamachnął się trafiając w ścianę. Przeklnął siarczyście, gdy kastet rozpadł się na dwie części. Działacz Nonsensopedii przetoczył się sprawnie na środek sali. Ziomek złożył ręce i powiedział coś w starożytnym języku. Zaczął padać deszcz.

– Damn, no znowu... – powiedział i wyciągnął spomiędzy kart słownika, wąski sztylet.

Dami przejął inicjatywę i kontratakował. Niestety Ziomek zamachnął się i przeciął wędrowcowi ramię. Następnie otworzył dolną śluzę i z głośnym sapaniem skoczył do dolnego pomieszczenia.

+++

Szoferka wytężyła wszelkie siły i pomogła Arturowi wejść do środka. Odetchnął i podrapał się po szyi. Dziwny płyn, który go oblał, a który zidentyfikował jako zepsuty kwas, powodował niemiłe swędzenie. Po środku ich sześcianu leżała stalowa kula, która miała ich zabić. Lina ją trzymająca zerwała się jednak dosyć szybko. Naprzeciwko ich siedział w kącie starszy mężczyzna – konstruktor.

– Wyjaśnij jeszcze raz, co się tutaj dzieje? – spytała Szoferka najbardziej spokojnym głosem, na jaki było ją stać.
– Jesteśmy polskimi wynalazcami. Skonstruowaliśmy ten wielki kompleks budynków, aby mógł kandydować do nowej dyscypliny survivalowo–sportowej. Niestety zabrakło nam inwestycji, bo Unia przestała nas finansować, a cała Polska kasa poszła na wysłanie żołnierzy do Afganistanu.
– No to kicha – skomentował Artur, po czym wstał i podszedł do rannego Lapy.

Lapa nadział się na wystający pręt z niedokończonego sześcianu. Żył, ale to mogło się zmienić. Wtedy znalazł tą małą karteczkę: Musiałem znikać, aby pomóc Fantasypedii. Buziaczki. Terrapodian.

+++

Dami zeskoczył za Ziomkiem. Chwycił go za nogę, jak próbował się wydostać do bocznego pomieszczenia.

– No puszczaj! – krzyknął.
– Nie, dopóki mi nie wyjaśnisz co się tu dzieje! – powiedział Dami ciągnąc mocniej.

Ktoś z drugiej strony szarpnął i Ziomek wyleciał z rąk De Pertzivalla. Pomieszczenia ruszyły. Widział śmiech triumfu na twarzy szaleńca i Dami poczuł się podle. Wtedy coś zgrzytnęło i przeciwległe pomieszczenie z chłopakiem zaczęło lecieć w dół. Bohater uśmiechnął się wrednie i zszedł do niższego poziomu.

+++

Lapa syknął, gdy Artur przyłożył mu okład z płynu, który przed chwilą wymyślił. Szoferka zlustrowała pomieszczenie w którym znajdowały się zgniatające ściany. Najważniejsze, że Święty Ziemniak był z nimi. Nagle zwymiotowała.

– Co się stało? – zapytał zdziwiony hrabia.
– Poczułam zapach Ziomka – syknęła Szoferka zasłaniając nos rękawem.
– Kim jest Ziomek? – spytał Artur ocierając oczy załzawione od oparów.
– Długo by opowiadać...
– Mamy czas.

+++

Kilka lat temu ludzie kombinowali nad stworzeniem nadczłowieka. Zabrali kiedyś z pewnej szkół takiego... no... bardzo przeciętnego. Zaczęli na nim eksperymentować i powstał Ziomek. Wiem, że mi nie wierzysz. Dobrze. Powiem prawdę. Nie wiem. Wiem natomiast, ze stoi na czele separatystów. Dołącza się pod różnymi postaciami do różnych organizacji i znika nagle pozostawiając swoją groźną marionetkę. Bleh.

W tym momencie do środka wpadł Dami.

– Mam was! – powiedział z uśmiechem.

Po czym zniknęli.

Pojawili się na trawniku przed zamkiem. Na balkonie stał Vigo ze złożonymi dłońmi.

– A więc jednak zna teleportację – powiedział słabo Lapa666.

Szoferka tymczasem popatrzyła na artefakt. Święty Ziemniak. Teraz otwiera się nowa era w dziejach Nonsensopedii.