NonŹródła:Nonsensopedia II – Bluźnierczy kod

Z Nonsensopedii, polskiej encyklopedii humoru
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Przesłanie tego tekstu jest jedno; Bądźcie optymistami!

Fragment pewnej recenzji.

Prolog: Na rozdrożach[edytuj]

Dochodziła już północ i budynek Herrladen był opustoszały. Gdzieś na parterze plątał się złodziej, którego los był już przesądzony. Mało kto wiedział, że w tym niepozornym i cichym miejscu swoją siedzibę ma organizacja Wikiariamentis Humanitara Organisation nazywana w skrócie WikiHumOr. Trudno właściwie tu mówić o jakiejkolwiek organizacji. WikiHumOr jest bowiem radykalnym odłamem Nonsensopedii. Przed dwoma miesiącami byli w miarę zgraną grupą, jednak dążenia do władzy jednego z członków – ZelDeleta doprowadziły do rozłamu w wewnątrz tej potężnej grupy. Szoferka, wraz ze zwolennikami starego porządku, przeniosła się do Polski, gdy WikiHumOr pozostał w Kanadzie.

W chwili, gdy zaczynamy tą opowieść, jest około północy (jak już wspomniałem). Jednak szef WHO pozostał w pracy, wraz ze swą sekretarką, która myślami była w domu. ZelDelet rozsiadł się wygodnie na krześle i wychylił drinka. Zamknął oczy rozkoszując się raz jeszcze przyjemnością władzy jaką dostał. Pogłaskał się po złamanym nosie, klnąc Szoferkę z ten cios. Tajemnica pod tytułem Jak Szoferka schowała ten łom, miała zostać już na zawsze tajemnicą. ZelDelet miał pod sobą wielu ludzi, za wyjątkiem swojej sekretarki, którą mógł rozbierać wyłącznie wzrokiem. Poprawił się – miał pod sobą w sensie, że nimi władał. Wkrótce miał przybyć Ziomek i złożyć raport dotyczący pertraktacji z Wandalami. Tym razem Nonsensopedia polegnie! Zel nagle odleciał jeszcze dalej – wyobraził sobie siebie zamiast Jimbo Walesa. Z zadumy wyrwał go głos sekretarki z głośników.

– Szefie, Telefon do pana – oznajmiła.

Zel podniósł słuchawkę. Odpowiedziała mu głucha cisza. Nagle zrozumiał – TEN Telefon. Do biura wszedł wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Na plecach zawieszony miał łuk i kołczan ze strzałami. Włosy miał zaczesane do tyłu, co dawało dziwny efekt. Spojrzał na ZelDeleta zimnym wzrokiem. Zel, nie chcąc się skompromitować, udawał że nie nastąpiła pomyłka.

– ...i pamiętaj! Oczekuję wyników na jutro! – powiedział do słuchawki, po czym ją odłożył. – Tak, w czym mogę pomóc? – zwrócił się do Telefona.
– Cel zlikwidowany. Przybyłem po zapłatę. – rzekł równie zimnym głosem.

ZelDelet zrobił wielkie oczy – Udało mu się?!

– Zlikwidowałeś Michalwadasa?

Na odpowiedź Telefon rzucił mu medalion na biurko. Wciąż miał na sobie resztki zaschniętej krwi. Przedstawiał znak młota i kosy – herb rodu Wadasów. Zel podrzucił Telefonowi sakiewkę z pieniędzmi pod nogi i przyjrzał się jeszcze raz medalionowi. Michalwadas był bardzo ambitną jednostką, którą należało zlikwidować. Jeszcze jeden cios dla Nonsensopedii – szef WHO zaśmiał się w duchu. Usłyszał tylko kroki wychodzącego Telefona i raz jeszcze wypił łyk Martini. Nagle w ciemnym pomieszczeniu pojaśniało. Przed nim zmaterializował się Ziomek we własnej osobie. Na jego ustach zakwitł złośliwy uśmieszek. Zel widział taki ostatnio, gdy awatar młodzika, Neutron, podkładał ładunek wybuchowy pod siedzibę Historiopedii. Chodziło więc o coś bardzo ważnego.

– Udało mi się nakłonić plemię Wandali do pomocy! – krzyknął uradowany.
– To świetnie! – Uradował się ZelDelet wstając – Wracam więc do domu.

Ziomek zrobił minę, która znalazłaby swoje miejsce między tej rozczarowanej, a tej proszącej.

– A, a... magiczne słowo? – zapytał, mając na myśli „dziękuję”, lub coś brzęczącego i złotego.

ZelDelet wyciągnął rozwartą dłoń w jego stronę i szepnął słowo Fayashetel. Ognisty podmuch rozerwał pachołka, jak wiatr rozdmuchuje liście. Ruszył ku wyjściu, informując o tym sekretarkę.

– Dobrze szefie – powiedziała.

To dało Zelowi do myślenia, bo był pewien, że ten głos słyszał gdzieś indziej i nie kojarzył mu się dobrze. Wówczas zrozumiał. Rzucił się na sekretarkę, gdy ta wyjmowała już pistolet. Zdzielił ją pięścią w twarz i przykopał kolanem kilkakrotnie w krocze, co nie poskutkowało. Kolejny strzał spowodował rysę na jego szlachetnej twarzy. Uderzył swoją sekretarkę w krtań i skręcił kark. Czar maskujący minął i jego twarzy ukazała się Pokrzywka – wysłanniczka...

– SZOOOOFEEEEEEERKAAAAAAAAAAA!!!

Ostre słońce zachodziło powoli za horyzontem, rzucając jednocześnie ostatnie promienie światła na pustynię. Gorący piasek zaczął się ochładzać. Nadchodziła pustynna noc. W tych nieprzyjemnych warunkach wędrowała karawana składająca się z pięciu wielbłądów i trzech europejczyków. Poruszała się równym tempem, dyktowanym przez nieco zmęczone zwierzęta. Podróżnicy w pustynnych szatach postanowili rozłożyć obóz w pobliżu przyjacielsko wyglądającej oazy. Część pakunków została ściągnięta z wielbłądów, aby zwierzęta mogły odpocząć. Gdy zaległa noc, rozpalili ognisko przy którym się zebrali. Każdy z nich ubrał cieplejsze ubrania, gdyż noce na Saharze nie należą do ciepłych.

– Ile jeszcze do Kairu? – spytał najwyższy.
– Blisko trzydzieści kilometrów – odpowiedział najmłodszy sprawdzając mapę.
– To dobrze, Szoferka czeka na te dokumenty – rzekł najważniejszy wskazując na hebanową skrzynkę.

Wtedy jeden z nich zauważył kogoś po drugiej stronie jeziorka. Poinformował o odkryciu pozostałych. Pochylili głowy i oczekiwali na nadejście przybysza. Wkrótce mogli rozpoznać gościa w świetle ogniska. Postawny mężczyzna o mrocznym spojrzeniu ściągnął z ramienia łuk.

– Czy jest tu Michalwadas? – spytał zimnym głosem.

Najważniejszy wstał i poprawił materiał, którym była owinięta jego twarz.

– To ja – oznajmił.

Wtedy łucznik wymierzył broń w jego pierś i chwycił za strzałę. Michalwadas wyciągnął kordelas, jednak strzała byłą szybsza. Pocisk przebił mu ramię niemal na wylot. Nim podróżnik upadł, zabójca chwycił za medalion, pomoczył w krwi i uciekł. Jeden z towarzyszy przybiegł do rannego.

– Pakuj się, mamy mało czasu! – krzyknął do drugiego.
– Czy on...? – spytał drżącym głosem.
– Nie, ale musimy się spieszyć!

Szoferka rozsiadła się wygodnie na fotelu i rozłożyła karty na stole wierzchem do góry. Mimo braku wiary w takie gusła, szefowa jednej z największych organizacji starała się pojąć magię tarota. Zamknęła oczy i wybrała kartę z brzegu. Odwróciła ją i zobaczyła własną twarz z podpisem Śmierć. Odłożyła natychmiast na stół, po czym zakryła ręce dłonią. W tym momencie zadzwonił telefon. Podniosła słuchawkę i usłyszała znajomy głos;

– Basiu to ty?

Szoferka już miała odkładać, gdy usłyszała błaganie:

– To żart, to żart! Szoferko!
– Chyba cię znam – powiedziała Szoferka składając karty.
– To ja! Hani! Mam ważną wiadomość!
– Taa, akurat... – odrzekła szefowa próbując odłożyć słuchawkę, gdy usłyszała znamienne słowa.
– Wiem gdzie to jest! – powiedział Hani Master of Dominate
– Mów... – Szoferka znów usiadła w fotelu i wyciągnęła mapę.

Dwaj rośli strażnicy nieśli Damiego Alourusa de Pertzivalla pod ramię. Nie próbował się szarpać, ale wciąż starał się przekonać ich o żałosności sytuacji w jakiej się znalazł. Nie słuchali, mieli już rozkazy. Otworzyli celę i wrzucili go na kamienną posadzkę. Dami wstał jeszcze i jął tłuc o kraty więzienne.

– Przecież przeprosiłem! – krzyczał, ale nikt nie słyszał.
– Nie usłyszą cię – rzekł głos za nim.

Na pryczy siedział bard o średniej długości włosach. Brzękał sobie lutnią i machał nogami. Miał rozbity łuk brwiowy i zabandażowaną prawą rękę. Spojrzał na rycerza smutnym wzrokiem.

– Co takiego zrobiłeś? – spytał.

Dami zaczął wspominać i opowiedział całą sytuację.

Przybył do elfickiego królestwa w Nowej Zelandii. Miał zaprosić księcia do współpracy z Nonsensopedią. Na początku chciał spotkać się z królem zwanym Ellreondem. Wyglądało to przyjemnie i przyjacielsko. Wymienili się kilkoma komplementami i informacjami. Wtedy władcy odbiło coś zbliżyć się niego i podać rękę. Dami poczuł od niego zapach tulipanów, na które był uczulony. Kichnął. Naprawdę mocno.

Pertzivall odetchnął jakby pozbywał się czegoś trującego i usiadł obok barda. Poeta pokiwał głową i powiedział smutno;

– Mamy przechlapane. Tak swoją drogą, Kompressor jestem – rzekł podając Damiemu zdrową dłoń.
– A ty za co siedzisz? – spytał rycerz ściskając dłoń.
– Za politykę – powiedział – zacząłem śpiewać o ucisku proletariatu i takie tam bzdury. Smutny jest los barda.

W tym momencie do celi wleciał mechaniczny gołąb. Miał do nóżki przywiązaną karteczkę. Bohater odwinął ją i przeczytał. Niosła ze sobą krótką, ale konkretną treść;

Przybywam po ciebie z odsieczą. Hrabia Artur von Fornal

Rozdział I: Ucieczka[edytuj]

Krążownik Chimera pruł przez bezchmurne australijskie niebo. Hrabia Artur von Fornal z zadowoleniem obserwował ekrany kontrolne. Jedno tylko martwiło młodego szlachcica – z doświadczenia wiedział, że takie sytuacje nie utrzymują się długą. Miał nadzieję dolecieć chociaż do wybrzeży Nowej Zelandii. Zszedł do magazynu, aby raz jeszcze sprawdzić wyposażenie. Karabiny i inna broń była na miejscu, materiały wybuchowe i narzędzia oczekiwały na swoją kolej. Wrócił na pokład pełen radości z nadchodzącej przygody. Jego rodzina nie pochwalała takiego zachowania. Kiedyś, gdy miał dziewięć lat, rodzice bardzo skarcili go (szlaban na komputer) za uprowadzenie czołgu z parady, którym zniszczył własną szkołę i doprowadził do histerii pana dyrektora. Od tego czasu był bardzo szanowany w gronie rówieśników i respektowany przez nauczycieli, a zwłaszcza dyrektorstwo. Cudowne dzieciństwo.


Po dziesięciu minutach krążownik był już nad Nową Zelandią. Artur odetchnął z ulgą i usiadł za sterami obserwując górzyste tereny pod nim. Wtem statek zakołysał się. Ekran obrony zasygnalizował uderzenie dwoma pociskami w lewe skrzydło. Von Fornal zaklął i włączył tryb obrony. Chimera odpowiedziała ogniem z działek jonowych. Kolejna rakieta trafiła w kadłub, powodując uszkodzenie centrum kontroli. Hrabia zeskoczył z fotela i pobiegł do sektora bezpieczeństwa. Były tam statki ewakuacyjne. Jednak krążownik spadł na ziemię szybciej, niż można było się tego spodziewać. Artur poleciał przed siebie uderzając w ścianę. Modlił się jednocześnie do jakiegokolwiek boga o nie eksplodowanie materiałów wybuchowych. Statek jeszcze przez chwilę rył po ziemi i zatrzymał się nad urwiskiem. Von Fornal wstał powoli i ruszył natychmiast do ładowni. Wybrał dwa karabiny z amunicją, gdyż materiały były porwane przez nieznane siły (ślady osocza).


Wyszedł z krążownika i ocenił sytuację. Do zamku droga prowadziła przez most nad przepaścią. Gdy zbliżył się zauważył starucha w długiej, fioletowej szacie. Miał pomarszczoną twarz i zez rozbieżny. Dziad w jednej ręce trzymał laskę z kulą na końcu, drugą wskazał na Artura i rzekł;

– Aby dostać się do zamku, musisz przejść przez ten Most Śmierci. Zadam ci trzy pytania, jeśli źle na nie odpowiesz, to zostaniesz wrzucony do tego wąwozu ŚMIERCI! <mroczna muzyka>
– Dawaj strażniku! – Hrabiemu wiele razu już grożono, ale nigdy się nie zląkł.
– Jak się nazywasz? – spytał staruch, skrzekliwym głosem.
– Hrabia Artur von Fornal.
– Jaki jest twój cel?
– Uwolnić Damiego!

Staruch zaśmiał się;

– Ostatnie pytanie. Co jest stolicą Wysp Samoa?!
– Zaraz, zaraz. CO JEST stolicą? A nie ma być jak się nazywa stolica Wysp Samoa? – zdziwił się Artur.
– Umm... – rzekł starzec wyciągając scenariusz.

W tym momencie nastąpił błysk i strażnik eksplodował z głośnym hukiem, rozrzucając dookoła strzępy szaty.


Fornal był pod więzienną bramą po dziesięciu minutach. Żelazne kraty przerażały swoją masywnością, ale te wrażenie potęgowała jeszcze obecność dwóch strażników. Hrabia z daleka spostrzegł się, że były to trolle. Wysokość blisko trzech metrów i postura napakowanego dresa. Na sobie miały czarne płaszcze przeciwdeszczowe, choć nie wiadomo na co mogłyby im się przydać. Szara skóra zyskała na odcieniu w świetle zachodzącego słońca. Najgroźniejszą rzeczą w nich była wielka maczuga w łapach z widocznymi wyraźnie kolcami. Artur musiał zdać się na spryt. Spryt dziesięciolatka, bo trolle nie należały do mądrych istot. Niektórzy biolodzy zaliczali ich nawet do mięczaków (propozycję odrzucił pewien doktor, który kilka lat wcześniej dostał się w ich łapy) i roślin. Przybysz zważył w ręce kamień i cisnął nim w łeb jednego ze strażników.

Co to było – rzekł ten który dostał.
Co sie staje? – odrzekł po chwili drugi.
Otrzymałem cios lekkoł skałkom... a może to była mucha?
– Nie, to ja – powiedział Artur przeciskając się między kratami bramy.
Ty, to znaczy kto? – gruby głos wzbudzał litość każdej osoby o IQ wyższym niż rozmiar butów.
– Jestem wędrującym cieniem, poszukującym prawdy życia
Prawdy życia?
Co to jest?
– Zastanówcie się – odrzekł szlachcic z zadowoleniem.

To je zabiło. Oba trolle nagle zazezowały i zaczęły się zastanawiać. Zajmie im to bardzo dużo czasu. Przebiegł szybko przez dziedziniec i otworzył drzwi do podziemi. Niestety ta część byłą nie dostępna trollom. Świadczyła o tym zagadka na kamiennych wrotach. Przedstawiała dwóch rolników z kulami i jakimś labiryntem. Artur spróbował ich ruszyć i wtedy pojawił się ekranik z pełną gamą preferencji. Pokazywały szybkość postaci, ciężar kul i inne, a co najważniejsze można było je zmieniać. Pierwsza konfiguracja, którą wpisał, była zła. Nie dane było mu się zastanawiać, gdyż monitor poraził go mocnym prądem. Hrabia osunął się na ziemię, prosto w krainę sennych koszmarów.


– Fornal, do tablicy! – głos skrzeczącej pani od matematyki rozbrzmiał w klasie.

Chłopiec powoli podniósł głowę z ramion i pozbył się ostatnich resztek snu. Poczuł na sobie wzrok dwudziestu dwóch osób i usłyszał kilka chichotów. Wstał z ławki i ruszył w stronę ciemnozielonej tablicy. Wprost do swojego przeznaczenia.

– Teraz pan Fornal pokaże nam zastosowanie tezy o blastyfikacji astroparaidalnej, którą przed chwilą zaprezentowałam – głos jeszcze bardziej poirytował ucznia.

Wzrok kolegów i koleżanek (a raczej idiotów-nieświadomych-swojego-znaczenia) wciąż wpijał się w jego plecy, gdy stanął naprzeciw cierpieniu pod postacią prostokąta. Wzór nie kojarzył mu się z niczym. Mógł tylko oczekiwać na znamienne słowa o jedynce i hańbiącym powrocie do ławki. Wtedy jego umysł się rozjaśnił. Mistrzu – szepnął w swoim umyśle gimnazjalista i wziął kredę. Ruszył z pisaniem i stwierdził, że to jego sama ręka tworzy takie rzeczy. W końcu zadanie było gotowe i uczeń z triumfem spojrzał na nauczycielkę. Stała z otwartymi ustami i zaskoczeniem w oczach.

– I co, stara szmato?! – krzyknął Artur von Fornal.

Hrabia natychmiast wstał z podłogi i ruszył do rozwiązania zagadki. Już wszystko wiedział.


Dami raz jeszcze zabrzęczał sakiewką obok ucha strażnika. Mimo iż szeptał słowa pełne nadziei i zachęty, jednak elf był nieugięty. Poirytowany wędrowiec cisnął pieniędzmi o podłogę i rzucił się na pryczę. Kompressor obserwował próbę przekupstwa ze smutnym wyrazem twarzy. Wtedy powiedział coś, co było bardzo absurdalne;

– Ten strażnik jest wypchaną kukłą – powiedział bard.

Pertzivall wstał i spojrzał ze zdumieniem na muzyka.

– Okłamujesz mnie prawda?
– Nie, sam sprawdź. Wystaje mu słoma z butów – bard odparł zarzuty ze stoickim spokojem.

Dami pchnął strażnika, który upadł na posadzkę. Wypadła kartka z napisem Wyszedłem na lunch, wracam za chwilę. Podróżnik przeszedł przez kraty i przyjrzał się kukle. To była idealna robota fachowca. Wrócił do celi i pokręcił z głową podnosząc sakiewkę. W tym momencie rozległy się strzały. Trupy elfów zaczęły ścielić się na ziemi. Krew zaczęła się lać po podłodze. Krew! KREW! Krew i flaki! <trzask> Przed Damim nagle pojawił się Artur von Fornal. Hrabia otarł lufę karabinu z krwi (krwiii... <łup>) i otworzył celę. Na twarzy Kompressora po raz pierwszy zagościł uśmiech.

– Koledzy, wypadamy z imprezy – zażartował marnie szlachcic.

Ruszyli z kopyta po więziennych schodach dopingowani przez więźniów. Pościg urwał się gdzieś przy polu minowym. Byli blisko głównych wrót. W tym momencie drzwi do wyjścia zamknęły się, a podłoga zadrżała. Hrabia pospiesznie przeładował karabin i wycelował w korytarz za nimi. Bard poruszył kilka strun w swojej lutni i znów posmutniał. Dami wyciągnął swój ulubiony krótki miecz (nazwany Pudrowa gilotyna, nie chcielibyście wiedzieć dlaczego). Pojawiła się masywna postać emanująca potęgą. Mundur Gwardii ZelDeleta niezwykle pasował do tego trolla. Nie miał tego głupiego wyrazu co inni z jego rasy. Rycerz raz jeszcze przełknął ślinę – to był Pietras!

– Spodziewałem się was – rzekł zadziwiająco spokojnym głosem.
– Cofnij się! – krzyknął hrabia odbezpieczając broń.

Troll nawet się nie wzdrygnął, przeciwnie, uśmiechnął się bezczelnie.

– Trafiliście tutaj nieprzypadkowo – spojrzał na Damiego – Twoja misja od początku była zdana na przegraną. MY byliśmy tu wcześniej.

Fornal wystrzelił krótką serią w trolla. Pociski odbiły mu się ze skórzanej skóry. Zaśmiał się obleśnie i sięgnął po buławę. W tym momencie Dami skoczył nisko, prosto pod nogi Pietrasa. Ciął celując w kostkę. Ostrze Pudrowej gilotyny przeszło przez skórę z głośnym warkotem. Osocze i krew (KREW... uarh!) splamiły twarz Nonsensopedysty w szale bojowym. Troll spojrzał na niego ze smutkiem.

– Dlaczego to zrobiłeś? – po czym upadł do tyłu.

Drzwi otworzyły się i oczom bohaterów ukazała się upragniona wolność.

Rozdział 2: Opoka[edytuj]

Kareta zajechała pod budynek Nonsensopedii dokładnie w południe. Słońce przebijało się nieśmiało przez chmury, aby potem odbić się od szyb wielkiego budynku. Drzwi pojazdu otworzyły się i na ulicę zeskoczył Hani MD. Podejrzliwie rozglądnął się w prawo i lewo, po czym ruszył. W jego zachowaniu było coś, co przyciągało przechodniów jak magnez. Czy była to zbroja zrobiona z łusek smoka? A może duży, zaostrzony krucyfiks, który nosił u pasa? Nie dane im było jednak dłużej się przyglądać, gdyż przybysz zniknął zaraz, za obrotowymi drzwiami do siedziby Nonsensopedii. Hani nie spodziewał się tylu osób. Oprócz sekretarki Pokrzywki na sali znajdował się ponury woźny i słoń zjadający właśnie kwiatek z doniczki. Jako egzorcysta przyzwyczajony był do tłumów i przynajmniej jednej, krzyczącej i pieniącej się osoby. Takie pustki nie działały dobrze na jego psychikę. Ostatnim razem w podobnej sytuacji, napadł go hedonistyczny Wampir (wyjaśnienie: Hedonistyczny Wampir to specjalny typ wampira. W wolnych chwilach podziwia się w lustrze, a gdy myśli, że nikt nie patrzy, poddaje się umysłowej masturbacji /błagam – nie pytajcie co to znaczy/. Jedyne co może go zabić to jego własne zdjęcie w pięknej ramce. Dlatego łowcy tych potworów chodzą z takimi dużymi torbami i aparatami cyfrowymi.). Podszedł do sekretarki, która właśnie siedziała na fotelu i piłowała szpony. Był to ten wyjątkowy typ kobiety z gatunku Sfinks.

– Proszę pani... eee... – spytał się Hani wpatrując jednocześnie w orle skrzydła.
– Najpierw pytanie – powiedziała nawet nie podnosząc głowy – Co to jest, rano chodzi na dwóch nogach, popołudniu na czterech, a wieczorem już w ogóle? Masz jedną szansę, a potem... – tu pokazała mu zdjęcie ze strony rotten.
– Czy to pytanie jest dobrze sformułowane? – egzorcysta poczuł suchość w gardle – Jeśli tak to chyba... eee... tryton?

Sfinks popatrzyła się na niego z pobłażaniem.

– Nie, pijak. Daruję ci życie, ale następnym razem postaraj się – powiedziała ponuro – Szoferka znajduje się na drugim piętrze, trzecie schody na prawo, piąty pokój po lewej, korytarz numer czternaście, drugie drzwi w środku za basenem. Dziękujemy, miłego pobytu.

Hani zamknął otwartą szczękę i ruszył zgodnie z zaleceniami Sfinksa. Po dwóch godzinach znalazł się w czternastym korytarzu. Gdy szedł w stronę drugich drzwi po środku”, zobaczył kogoś kogo nie chciał widzieć. Ów jegomość był wysoki i miał czarną szatę. Najgorsza była jednak kosa w ręce... Kościanej ręce...

– WYBACZ DROGI CHŁOPCZE, ALE NIE WIESZ PRZYPADKIEM, GDZIE JEST BAREK? – jego głosu można by używać jako podkładu muzycznego do Hostel 2.

Hani poczuł wzrok dziwnego osobnika na sobie. Zamiast oczów miał dwa niebieskie... wszechświaty?

– Niech pan wybaczy, ale nie wiem. Jestem tu po raz pierwszy. – egzorcysta zachował zimną krew.
– SZKODA – rzekł tajemniczy osobnik i ruszył w przeciwnym kierunku.

Hani odetchnął z ulgą i przeszedł przez drugie drzwi w środku za basenem. Znalazł się w wielkiej bibliotece. Bibliotekarz urządzał w niej zapewne biegi maratońskie. Przy jednym ze stolików zastał Szoferkę. Jak zwykle była we wspaniałym nastroju. Świadczyły o tym plamy krwi na butach, których było wyjątkowo mniej. Przysiadł się;

– Cześć Szof! – zagadnął.
– A to ty... – powiedziała spokojnie kończąc pisanie w jakimś zeszycie.
– Wezwałaś mnie, więc przyszedłem.
– Mam ci coś do pokazania. Poczekaj tu z godzinę, aż wrócę z tą przeklętą książką.

Po czym ruszyła w głąb biblioteki. Hani przyglądnął się zeszytowi i natychmiast się zarumienił. Miał do czynienia z pamiętnikiem. Wyobraził sobie nagle zawrotne ceny, które zyskiwałaby na Allegro. Wziął go do ręki i spojrzał na wewnętrzną stronę okładki. Napis głosił; Jestem pamiętnikiem obłożonym klątwą. Osoba, która mnie pierwsza wzięła, musi we mnie pisać do końca życia, bo nie zrobi nic więcej. Otworzył na pierwszym wpisie.

Hello, k..wa! Czy to jakiś happening?

Nie wiem co mnie podkusiło do podniesienia tej pieprzonej książeczki. Mistrz ostrzegał mnie przed robieniem takich głupstw. Teraz muszę pisać, więc piszę. ZelDelet znów nabijał się ze mnie w szkole. Mam nadzieję, że po tym co mu zrobiłam stanie się bezpłodny. BUHAHAHAHAHA! Potem stwierdził, że zadzwoni na policję. Użyłam sekatora. W domu znów była awantura, że nie zakopuję dobrze ciał. Nie jest to moją winą, gdyż ten pieprzony pies od sąsiadów ciągle tu kopie. Byłam potem u tego sąsiada. Użyłam obrzyna.

Przekręcił dalej i minął rozdział zatytułowany ”Ulisses” James'a Joyca a ambicje ZelDeleta, gdyż miał zbyt dużo opisów brutalności. W ogóle dużo wpisów odnosiło się do Zela. Z pamiętnika dowiedział się, że studiowała fizykę kwantową, kumplowała się z Hannibalem Lecterem i pomagała Jigsawowi. Bardzo rozbawiły go wpisy o tym, co sądzi o ludziach których poznała, dopóki nie dowiedział się co myśli o nim samym. W tym czasie wróciła niosąc grubą księgę. Rzuciła na stół, aż drewniane nogi zatrzeszczały. Otworzyła na stronie sześćset sześćdziesiątej dziewiątej i pochyliła się. Hani również to zrobił jednocześnie powstrzymując kichnięcie od kurzu. Na stronicy notatki pisane były nieznanym mu pismem.

– Słuchaj, tu pisze, że pierwotna wersja źródła Wiki znajduje się w jaskiniach nad Morzem Czerwonym – powiedziała Szoferka analizując tekst.
– Tak i rozumie, że nie wystarczy po prostu sobie tam tak pojechać?
– Otóż to! Wejścia broni podobno demon a do otwarcia potrzebny jest klucz – szefowa wyraźnie się zmartwiła. – Dzięki twoim informacjom, doszłam do wniosku, że klucz będziemy mogli zdobyć, ale nie tak łatwo.
– Co jest tym kluczem? – spytał z ciekawością Hani MD.
– Raczej kto? Podejrzewam, że to... – chciała dokończyć, ale egzorcysta zamknął jej usta.
– Jesteśmy podsłuchiwani.

Wyciągnął krucyfiks i chwycił u trzonu. Zrobił krok do przodu, gdy strzała musnęła ramię. Szoferka podskoczyła i miotnęła kulą ognistą w miejsce z którego wyleciała strzała. Z regału na ziemię spadł lekko przysmażony bibliotekarz.

– Za co? – jęknął po czym wrócił do sprzątania książek.
– Ja pójdę od drugiej strony – powiedział Hani do Szoferki i pobiegł między regałami.

Wyraźnie słyszał coś szeleszczącego. Zbliżał się do źródła dźwięku i wyskoczył zza półki. Odpowiedział mu multum krzyków i pisków. To nie było to, natrafił na wycieczkę z pierwszej klasy podstawówki. Ruszył biegiem jeszcze dalej w stronę okien. Widział już osobę odpowiedzialną za zamach. Był już blisko kiedy nagle zobaczył niebiańskie światło. Cholerne objawienia!


Telefon zeskoczył z okna na ulicę i podbiegł do chłopaka stojącego obok. Był to Neutron (jeden z awatarów Ziomka).

– Hej, już skończyłeś misję? – spytał z nutą wazeliny.
– Przymknij się i nie stawiaj oporu – powiedział ponuro Telefon zbliżając się.

Neutron dopiero po chwili zorientował się co on chce zrobić. Skrytobójca podniósł dzieciaka i odwrócił do góry nogami. Zaczął powoli masować jego włosami chodnik, tak jak używa się pędzla. Jego włosy trochę się przetłuszczały. Neutron nie był jednak zły na niego, zawsze chciał się przysłużyć komuś ważnemu.


Po chwili wypadł z impetem egzorcysta. Zaczął ścigać łowce i niestety wpadł na plamę tłuszczu. Usłyszał chrupnięcie kości nie dość nie miłe ciepło przy łydce. Spojrzał pod spodnie i zaklął – to było złamanie otwarte. Nastawił szybko kość i znów ruszył biegiem. Po dziesięciu minutach zauważył, że nie ubiegł nawet kilometra, a na miejscu lewej stopy ma ociekającą krwią kość. Teraz wiedział, dlaczego tak dziwnie kulał. Po chwili podjechała do niego Szoferka na motorze i pomogła mu wstać. Ruszyli z powrotem do bazy.

– Zapomniałam ci powiedzieć. Kluczem jest ZelDelet.

Rozdział 3: Pierwotny zew[edytuj]

Pośród bezkresnej pustyni, dwóch wędrowców kłóciło się między sobą, z czym jeden znacznie głośniej. Ten, który był ochrzaniany popełnił niewiarygodną rzecz.

– Mówiłem ci głąbie! – krzyczał wyższy.
– Każdemu może się pomylić – bronił się młodszy.

Gdy okazało się, że używa mapy do góry nogami, stosunki między braćmi bardzo się oziębiły. Od pięciu dni chodzili po Saharze z kończącymi się zapasami.

– ...a co gorsza! Nasz pan umiera!
– Nie umiera – powiedziało coś przykryte kocem na wozie.

Pojawił się Michalwadas znów zdrów. Jeszcze godzinę wcześniej był w stanie agonalnym i oczekiwał śmierci.

– Zawsze znajdźcie dobrą stronę życia! – krzyknął z uśmiechem klepiąc ich po plecach.

Wygrzebał coś z torby i rzucił im do rąk. Nakarmił podobnymi cukierkami również wielbłądy. Bracia popatrzyli się na małe tubki z podejrzliwością

– Mentosy? – spytał jeden.
– I to o smaku orzeźwiającej mięty, ale jak my...

Michalwadas pobiegł nagle przed siebie wzbijając tuman piachu w górę. Wielbłądy zrobiły to samo. W końcu bracia zostali sami z otwartymi szczękami, a gdy wreszcie zrozumieli, pobiegli za nim. Dowódca biegł w stronę Kairu, gdzie oczekiwała na niego organizacja Fantasypedia. W rodzinnym mieście mówili mu, że to jedyne miejsce otoczone kilkoma hektarami magicznych lasów. Niektórzy tam wchodzili i już nie wychodzili... tym samym wejściem. Nie wierzył temu kupcowi, że te skórzane sandały wytrzymają takie zawrotne prędkości. Jednak miał rację. Michalwadas uwielbiał jeść Mentosy i czuć wiatr we włosach, gdy tak biegł wyzwolony. Potrafił biec nawet po wodzie. W końcu trafił przed ten magiczny las i odetchnął. Mentos, the fresh maker – pomyślał. Odczekał jeszcze chwilę na dwóch braci. Po godzinie przypomniał sobie, że oni wędrowali prosto do Kairu, tak więc przez magiczny las ruszył sam.


Po raz pierwszy widział tak spokojne i nie tknięte ludzką stopą miejsce. Nie oglądał w życiu zbyt wielu podobnych lasów. Tam, gdzie żył było ich wyjątkowo mało. Wreszcie natrafił na małe miasteczko otoczone murem. Przechodząc przez bramę spojrzał na elfickich strażników. Oniemiał. Nie wiedział, że może być tu tak wiele istot. Krasnoludy, elfy, zwierzoludzie, Kaczyńscy (NIE! wykreślcie!). Na przeciwko wyszedł jakiś szlachcic i ukłonił się przed nim w pas.

– Drogi książę Michalwadasie! Oczekiwaliśmy na ciebie.
– Witaj, ty którego zowią Terrapodianem. Moje serce raduje się...
– Dobra, skończmy z tym tolkienowskim gadaniem – mruknął szlachcic i zaprowadził księcia do swojego biura.

Michalwadas odpoczął i przegryzł kilka lembasów. Popił je wodą z pobliskiego źródła i poczuł jak wstępują w niego siły. Jednak Terrapodian miał złe wieści.

– Nasi zwiadowcy potwierdzili, że duża liczba żołnierzy pod przewodnictwem Pietrasa, jednego z popleczników ZelDeleta, zbliża się do miasta. Potwierdzili, że znajdują się tam trolle, dzieci Neostradara i kilka plemion Wandali.
– Zawsze szukajmy jasnej strony życia – uśmiechnął się Michalwadas.

W tym momencie zagrał róg bojowy.

– Czyżby to już? – jęknął Terrapodian.

W pełnym rynsztunku bojowym byli po dziesięciu minutach. Michalwadas dysponował jak zwykle swoim kordelasem. Stanęli na murach, gdzie nagle stracił przez chwilę swój optymizm, gdy spojrzał na wrogą armię.

– Pamiętajcie, macie celować w zgięcia gdzie mają słabszą zbroję. Ty tam słuchaj mnie uważnie! Czy macie coś do powiedzenia?! – krzyczał wysoki elf.
– Optymiści żyją dłużej! – powiedział ktoś z rzędu. Żołnierze pokiwali głowami z aprobatą.

Wówczas rozpoczął się tumult. Pietras krzyczał do pobratymców słowa pełne odwagi, mówiące o honorze i śmierci za ojczyznę, jednak wątpliwe jest, aby ktoś coś z tego rozumiał. Dzieci Neostradara wystawiły swoją elitarną armię, czyli mówiąc prościej – wieśniaków uzbrojonych w widły, lub kosy, bo szlachcicom nie chciało się ruszać z posiadłości. To oni pierwsi padli pod naporem strzał elfickich łuczników i kilku płonących, dzikich łosi. Najgorzej przedstawiała się sytuacja z Wandalami. Przeważali liczebnie, choć wielu z nich straciło morale podczas przechodzenia przez las. Obrońców czekała ciężka walka. Po jakimś czasie wdarli się na mury.

– Nie obawiajcie się, wyczekujcie GO na o wschodzie słońca! – krzyknął Terrapodian.
– GO, czyli kogo? – spytał Michalwadas rozrąbując łeb jednemu z trolli.
– No tak, pomyliły mi się kwestie.

Wówczas usłyszeli wesołą pieśń. Z lasu wybiegł Dami i hrabia Artur von Fornal, za nimi Kompressor wjechał na swoim karym wierzchowcu, śpiewając piosnkę zagrzewającą do walki (I nie obawiali się, że ich mózgi pozjadają, oczy wyssą, skórę przypieką, ręce połamią, uszy poucinają, stopy zmiażdżą, wątrobę zmielą, że będą umierać w mękach wielkich, że o śmierć błagać będą...). Ruszyli do boju powodując zamęt w armii wroga. Po chwili padł Pietras przebity przez włócznię jednego z głupich kuzynów. Wówczas do boju wkroczyły dwie postaci, które dopełniły przeznaczenia armii Zela.

Rozdział 4: Znów razem[edytuj]

Hani zamachnął się krucyfiksem zmiatając z puli życia kilku kolejnych Wandali. Otarł krew (krew...) z twarzy i odetchnął z ulgą. Obserwował jak niedobitki umykają z pola bitwy. Wreszcie pozostały same trupy. Szoferka minęła go i podeszła do swoich pracowników. On jednak postanowił jeszcze zaczekać. Podświadoma intuicja mówiła mu, że coś tu jeszcze się czai. Zamknął oczy i zaczął iść tam, gdzie czuł że iść musi. Efekt był taki, że pięć umożliwiło mu zapomnienie kim jest i co ma robić. Te rzeczy przypomniała mu dopiero mikstura lecząca, którą miał u pasa. Olał więc intuicję i ruszył za śladami w trawie. Usłyszał szept i ukrył się za drzewem. Rozpoznał Telefona mówiącego do jakiejś kuli. Wyszedł z ukrycia i powiedział;

– Do kogo dzwonisz Telefon? – ta ironia wydawała się śmieszna dla wszystkich, za wyjątkiem adresata.
– Wiedziałem, że nie jestem sam – jego ton głosu się zmienił.

Skoczył w stronę egzorcysty i ciął sztyletem na wysokości szyi. Hani był przygotowany na taką sytuację i wyciągnął krucyfiks, unikając ciosu Telefona. Jednak jego kolejne cięcie spowodowało dużą rysę na boku i dumie łowcy demonów. Skrytobójca zaśmiał się okrutnie i znów skoczył. Na tą sytuację czekał Hani. Podniósł broń i opuścił w momencie, gdy wróg szykował się do ataku. Ostra część obucha wbiła się w czerep Telefona dogniatając go do ziemi. Jeszcze przez chwilę dogorywał i zmarł z głośnym charkotem. Następnie egzorcysta wziął nóż i zrobił coś, co robi się przy tworzeniach trofeów.

– Nie możemy pozwolić, aby grupa żądnych władzy kretynów, dyktowała nam warunki – mówiła Szoferka w wielkiej sali akcentując każde słowo uderzeniem pięścią.

Zebrani pokiwali, po części z respektu, a po części z nudy. W tym momencie wszedł HaniMD z uśmiechem na ustach. Pod ręką niósł worek.

– Mam coś, co bardzo wam się spodoba – powiedział podnosząc worek do góry nogami. Nic się nie stało – O nie! Zgubiłem to! – jęknął ze łzami w oczach Hani.

Matka stała przy umywalce i myła naczynia. Przybiegła do niej gromadka dzieci. Mała dziewczynka trzymała coś pod ramieniem.

– Mamusiu, znaleźliśmy coś, co przyda ci się do twojej kolekcji porcelanowych figur!

Po czym pokazała;

– Jezu Chryste! – krzyknęła matka.

Drużyna w komplecie stanęła przed drzwiami siedziby WikiHumOr-u w Quebec. Pokiwali jednocześnie głowami i Kompressor podszedł pod drzwi. Brzęknął lutnią i zaczął śpiewać.

– Keeeeineeeeeee greeeeeeenzeeeen, keeeeeeeeineeeeeeee waaaaaaaaaaareeeeeeeeeeen. Nie ma głupich waśni, nie ma głupich walk...

Pierwszy punkt planu zadziałał i urządzenia ochrony wyłączyły się. Drugi punkt należał do Damiego. Ruszył sam do środka budynku. Panowała ciemność, jak to w nocy bywa. Wtedy ktoś złapał go od tyłu za szyję. Wiedział już dobrze, że drugi i analogicznie do niego trzeci punkt planu zawiodły.


Mały Dami, gdy jeszcze nie był Alourusem de Pertzivallem, jechał rowerkiem po polnej drodze. Beztrosko najechał na wystający kamień i dość szybko znalazł się na glebie. Podniósł się i natychmiast stwierdził, ze powinien płakać. Robił to bardzo dobrze. Wtedy ktoś podszedł do niego i pochylił się. Dami nie pamiętał jego twarzy, ale była bardzo uspokajająca. Dostał wtedy od niego pierwszy w życiu miecz. Mów mi Mistrz – powiedział i odszedł. Chłopczyk popatrzył się na miecz. Jednocześnie jego teraźniejsza, dorosła forma, wspominała z nim perypetie, jak na przykład rozcinane palce, wzięcie mieczyka za nóż do krojenia chleba i terroryzowanie kolegów z podwórka. Tak narodził się Dami Alourus de Pertzivall.


Obudził się w rogu biura ZelDeleta. Spojrzał mu w oczy i usiłował w nie napluć. Wówczas zauważył coś co mogło mu uratować życie.

– Przegrałeś Dami – powiedział Zel trzymając ręce z tyłu.
– To się jeszcze okaże – odrzekł rycerz.
– Wy wszyscy przegraliście. Cała wasza pieprzona Nonsensopedia nie będzie stać mi na drodze do zdobycia wszystkich organizacji Wiki.
– Masz absurdalne ambicje. Ale, cóż, porwałeś mnie. Nie wszystkim to się udaje.
– Cha, cha, widzisz?
– Tylko popełniłeś jeden błąd – powiedział Dami ze sprytem.
– Jaki?! – prawie krzyknął Zel robiąc wielkie oczy.
– Zapomniałeś związać mi ręce – pielgrzym pomachał rękami na dowód.

ZelDelet zakrył twarz dłońmi.

– O ja głupi...

Mission completed!

Rozdział 5: Bluźnierczy kod[edytuj]

Łódź pruła przez wodę, jak przyjemność. Słońce przyświecało radując drużynę, co doprowadziło optymistycznego Michalwadasa do przegrzania. Jedynie nie zadowolony był Zel, który musiał wszystkim służyć i czyścić pokład. Kompressor przyszedł po chwili i oświadczył, że zbliżają się do brzegu. Zaczęli się zbierać do zejścia z pokładu. Legendarną jaskinię było widać już z oddali. Wreszcie dobili do brzegu Arabii Saudyjskiej.

– Musimy uważać, nie wiadomo jakie rzeczy mogą tu na nas czekać – powiedział Terrapodian, skacząc beztrosko po dołkach – Kiedyś byłem traperem i ja się na tym znam.

Wielka macka chwyciła go nagle za nogi i wyrwała. Korpus legł bezwładnie na piaszczystej ziemi.

– Nie martwcie się mną, to tylko powierzchowna rana. Wystarczy kilka apteczek.

Nie dokończył, gdyż macka ośmiornicy złapała go w całości i wessała. Szoferka popatrzyła na zdarzenie z niesmakiem i spojrzała na Zela. Popchnęła go do wejścia do jaskini. Michalwadas jęknął;

– A demon?
– Ja jestem tym demonem – powiedział ktoś wychodzący z jaskini.

Był to Ziomek. Patrzył się bezczelnie na drużynę i założył ręce na piersi.

– Wspominają o mnie w legendach, wiecie o tym? – rzekł z wyższością.
– A w nagrodach Darwina nie? – rozzłościł się Artur.

Chwycił dzieciaka za kark i wrzucił do morza. Otrzepał ręce i ze złością odwrócił się do drużyny.

– Demon... huh?

Weszli do jaskini. Uderzył ich zapach zgnilizny i stęchlizny. Zel szedł przodem, pełen strachu i niepewności jutra. W tym momencie ktoś chwycił go za ubranie. Coś zgrzytnęło i zaświeciła się czerwona lampka. Boczna ściana jaskini otworzyła się ukazując niewielkie pomieszczenie. Szoferka weszła pierwsza i zaśmiała się.

– Oto pierwotny kod Wiki! – krzyknęła ściągając zasłonę na ścianie, a potem znów krzyknęła, tym razem z rozpaczy.

Na ścianie narysowany był ciąg liczb. Kod.

– Ten kod... jest... jest... bluźnierczy – powiedział Dami cofając się.
– A co ze mną?! – spytał z wyrzutem Zel.

Nagle ostrze przeszyło jego szyję, obryzgując krwią Artura. Szef rebeliantów osunął się bezwładnie na ziemię, patrząc na mordercę z wyrzutem. Za nim stał wysoki rycerz w zbroi. Zaśmiał się. Miał na pancerzu białą kulę ze znakami. Wikipedia.